Ten dworek to jedna wielka kapsuła czasu! Karina i Sebastian opowiadają nam o jego remoncie

Karina i Sebastian, para architektów z Krakowa, w czeluściach internetu natrafili na przedwojenny dworek w Krzeszowicach. Kupili go z całym dobrodziejstwem inwentarza – tonami przedmiotów po wcześniejszym właścicielu, wśród których znalazły się pamiątki po śpiewaczce operowej, beczki z Wehrmachtu, antyczne meble czy... autograf Andrzeja Wajdy! Chociaż mieszkają w nim od trzech lat, mówią, że „to permanentny remont”. Jego efektami dzielą się na swoim Instagramie: dworek77.
Fot. Dagmara Borowska, źródło: materiały prasowe
  • Karina i Sebastian, para architektów z Krakowa, kupili przedwojenny dworek w Krzeszowicach, pełen historycznych przedmiotów i pamiątek.
  • W trakcie remontu jego nowi właściciele znaleźli wiele ciekawych artefaktów.
  • Efektami remontu Karina i Sebastian dzielą się na swoim Instagramie: instagram.com/dworek77
  • Odwiedź stronę główną RMF FM.

Olga Steliga–Dykas: Trzy lata temu kupiliście dworek pod Krakowem. Czym kierowaliście się podczas poszukiwań waszego nowego domu? Jakie były wasze najważniejsze oczekiwania wobec tego miejsca?

Sebastian: Gdy szukaliśmy domu lub mieszkania, zależało nam, by to był budynek przedwojenny – najlepiej wzniesiony przed 1939 r. Po prostu pociąga nas historia i wszystkie związane z nią smaczki. Przez krótki moment rozważaliśmy nawet kamienicę w Krakowie, ale ja od zawsze chciałem mieszkać w domu. Karina troszkę mniej, ale ją namówiłem. Ostatecznie znaleźliśmy ten dworek – gdzieś głęboko w zakamarkach internetu.

Fot. Dagmara Borowska
źródło: Fot. Dagmara Borowska

Jak wyglądały wasze poszukiwania wymarzonego domu? Obejrzeliście wiele nieruchomości, zanim trafiliście na tę właściwą? Czy w trakcie poszukiwań rozważaliście jeszcze inne domy jako potencjalne miejsce do zamieszkania?

Sebastian: W zasadzie przeglądaliśmy niewiele ofert, bo trudno było nam trafić na coś, co naprawdę by nas zainteresowało. Pamiętam jednak dom w Brodach – był przepiękny. Znajdował się pod Kalwarią Zebrzydowską i miał wyjątkowe widoki z okien. Było z nich widać już właściwie góry. Sam budynek był drewniany…

Karina: Chyba z początku wieku. 

Sebastian: Tak, a w środku znajdowały się piece kaflowe. Był w nieco gorszym stanie niż ten dom, który ostatecznie kupiliśmy, ale wciąż dobrze się prezentował.

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ: Najlepsze targi staroci w Polsce. Te adresy warto odwiedzić!

Fot.instagram.com/dworek77
źródło: Fot.instagram.com/dworek77

 

Dlaczego go nie kupiliście?

Karina: Ktoś nas po prostu uprzedził! Pamiętam, że bardzo długo przeżywaliśmy ten dom – wracaliśmy tam jeszcze kilka razy, żeby go obejrzeć. Nawet trafiliśmy na nowych właścicieli i udało nam się z nimi chwilę porozmawiać.

Czego najbardziej żałowaliście?

Karina: Tych widoków z okien! W naszym obecnym domu z jednej strony widać wiadukt i to była moja największa obawa – bałam się, że będzie tam duży ruch i hałas. Okazało się jednak, że w rzeczywistości jest dużo ciszej, niż się spodziewałam. W międzyczasie udało nam się dokupić działkę obok, taką, która prowadzi w stronę lasu. Co ciekawe, mamy nawet plany domu z 1926 r. i wynika z nich, że ta działka zawsze była jego częścią. W pewnym sensie udało nam się więc odtworzyć dawny układ i historyczne granice domu. Dzięki temu nie jesteśmy już tylko przy wiadukcie, ale bliżej lasu.

Post on Instagram

Czyli ostatecznie bliskość wiaduktu was nie zniechęciła?

Sebastian: Musieliśmy po prostu zrobić sobie konkretną kalkulację i jasno określić, co jest dla nas ważne. Zestawiliśmy wszystkie plusy i minusy. W Małopolsce znalezienie tego typu domu jest jednak trudniejsze niż na przykład na Dolnym Śląsku czy w województwie lubuskim.

Czy podczas poszukiwań domu skupialiście się na konkretnej okolicy? Pracujecie w Krakowie, więc zapewne istotnym kryterium był czas dojazdu do pracy. Wyznaczyliście sobie maksymalny promień od miasta, którego nie chcieliście przekraczać?

Karina: Kiedy kupowaliśmy ten dom, oboje pracowaliśmy jeszcze w Krakowie i musieliśmy codziennie dojeżdżać do pracy. Dlatego zależało nam na miejscu z dobrą komunikacją. Krzeszowice okazały się pod tym względem bardzo wygodne – pociągi do Krakowa kursują mniej więcej co pół godziny, a do centrum można dotrzeć w około piętnaście minut, szybciej niż z Nowej Huty.

Nie ukrywam też, że zakup tego domu wpłynął na nasze decyzje zawodowe. Sebek przeszedł na własną działalność, żeby nie musieć codziennie dojeżdżać, a ja zaczęłam pracować zdalnie. Dzięki temu dziś większość czasu spędzamy w domu.

Fot. Dagmara Borowska
źródło: Fot. Dagmara Borowska

Zakochaliście się w nim od pierwszego wejrzenia?

Karina: Pamiętam bardzo dobrze ten moment. Jeszcze zanim weszliśmy do środka, mówiłam: „Nie no, zobacz ten wiadukt, to na pewno nie będzie to”. A Sebastian odpowiedział tylko: „Dobra, wejdźmy”.

Kiedy przekroczyliśmy próg, od razu zwróciliśmy uwagę na podłogę. Te płytki były po prostu przepiękne. Szliśmy przez kolejne pomieszczenia, patrzyliśmy na nie i co chwilę wymienialiśmy spojrzenia. A później weszliśmy do głównego pomieszczenia domu – do tej dużej sali z zielonym piecem kaflowym i starymi meblami. Spojrzałam na Sebastiana, on spojrzał na mnie i właściwie bez słów wiedzieliśmy już, co się wydarzy. W końcu powiedział: „Kupujemy?”. Odpowiedziałam: „Tak, kupujemy”.

Post on Instagram

Kupiliście ten dworek trzy lata temu. Jak szybko się do niego wprowadziliście?

Karina: Bardzo szybko, zaledwie po kilku miesiącach. Początkowo przyjeżdżaliśmy w każdy weekend. Stopniowo porządkowaliśmy dom, sprzątaliśmy i przygotowywaliśmy go do przeprowadzki

Wywnioskowałam z waszej relacji na Instagramie, że było w nim czuć ducha wcześniejszego właściciela.

Karina: Kiedy tu weszliśmy, wszystko wyglądało tak, jakby ktoś wyszedł stąd dzień wcześniej. Na stole stały niedopite herbaty, leki były rozłożone na następny dzień. To był dość smutny widok. Pamiętam, że kiedy tu przyjeżdżaliśmy, miałam cały czas poczucie, że weszliśmy w czyjeś życie z butami i nie mogłam się tu odnaleźć. Ale kiedy zaczęliśmy sprzątać, podchodząc do wszystkiego z szacunkiem, starając się zachować jak najwięcej zabytkowych elementów domu, wtedy było już okej.

Odniosłam wrażenie, że chcieliście kupić dom z duszą i chyba wam się udało – dosłownie, i w przenośni. Szczególnie biorąc pod uwagę, co znaleźliście w środku. No bo co było bardziej szokujące? Skala rzeczy do usunięcia, czy właśnie ten ich osobisty charakter? Czy nie mieliście poczucia, że wchodząc do tego domu, wchodzicie w czyjąś taką trochę niezamkniętą historię? 

Karina: Dokładnie! Kiedy weszliśmy do głównej sali, znaleźliśmy nawet paszport. Można było zobaczyć, dokąd podróżował poprzedni właściciel domu. My z Sebkiem sami generalnie dużo podróżujemy. I tak się wtedy zastanawialiśmy: „Ojej, my też tam byliśmy”. To było dość dziwne. Poprzedni właściciel uczył się angielskiego i zapisywał sobie słówka. Takie fiszki były dosłownie wszędzie – nawet pod chlebakiem.

Musieliście się poczuć nieco nieswojo. A jak jest dzisiaj? Czujecie się tu już u siebie? „Odbiliście”, że tak powiem, ten dom poprzedniemu właścicielowi? 

Karina: Tak, zdecydowanie. Poczuliśmy się tu u siebie, kiedy zaczęliśmy zmieniać kolory ścian, remontować stare podłogi, kiedy wszystko zaczęło wyglądać już „po naszemu”.

Post on Instagram

Wasz nowy dom był w całkiem niezłym stanie, ale był zagracony i w takiej sytuacji, czasami nie wiadomo, w co ręce włożyć. Od czego zaczęliście? Czy najpierw zaczęliście sprzątać, a dopiero później rozpoczęliście remont? Czy może te dwie czynności udawało wam się przeprowadzać równolegle? 

Karina: Najpierw zadzwoniliśmy do rodziny. Ja do swojej cioci, Sebek do swojej mamy. Oni wszyscy tu przyjechali i pomagali odgracać nam dom. Niektóre rzeczy, na przykład ubrania w dobrym stanie, wrzucaliśmy do pojemników na odzież używaną, a nie do śmieci, by mogły się jeszcze komuś przydać. 

Sebastian: Sporo rzeczy też pozostawiliśmy. Szczególnie tych, które miały jakąkolwiek wartość historyczną albo były prostu ciekawe, np. stare meble czy stare zabawki. 

Karina: Było też dużo porcelany. 

Sebastian: I stare obrazy. 

Karina: Było też sporo takich mebli ze sklejki, jeszcze z czasów PRL– u. Pamiętam, że przy pierwszym odbiorze śmieci zastawiliśmy nimi cały płot, na całą jego długość. Bardzo liczyliśmy na to, że zostaną odebrane, bo inaczej nie bylibyśmy w stanie nawet wyjść poza posesję.

Fot.instagram.com/dworek77
źródło: Fot.instagram.com/dworek77

Widziałam to zdjęcie na waszym Instagramie! Poprzedni właściciel ewidentnie był zbieraczem. To chyba też typowe dla starszego pokolenia. Dzięki temu znaleźliście w domu sporo cennych rzeczy: maszynę do pisania, sztućce, ceramikę, nawet autograf Andrzeja Wajdy!

Sebastian: Dość dużo rzeczy było pochowanych w różnych schowkach. Sąsiedzi mówią nam, że w domu może być coś jeszcze ukryte. Sami jesteśmy tego ciekawi, bo chociażby pod dywanem znaleźliśmy pieniądze!

Dodajemy, że nie małe, bo aż 1400 zł. Pieniądze znaleźliście także w głośniku. Ile ich tam było?

Karina: 3600 zł.

To całkiem sporo! Ta kwota i miejsce, gdzie je znaleźliście, to taki trochę znak, że wszystkie rzeczy, które jeszcze znajdziecie, wypadałoby porządnie przetrzepać! 

Karina: Myślę, że tak. Ja te pieniądze znalazłam przez przypadek. Byłam wtedy naprawdę bardzo zdenerwowana. To był taki dzień, że wszystko mnie irytowało. Jakoś tak nadepnęłam albo kopnęłam ten głośnik i one wypadły. Patrzę na nie i myślę: „o nie”. Od razu zrobiło mi się zimno, bo przypomniały mi się wszystkie rzeczy, które leżały przed płotem.

Naszym największym marzeniem jest jednak znalezienie kapsuły czasu. Wszędzie jej szukaliśmy. Teraz, kiedy będziemy robić podłogi, planujemy je podnieść i sprawdzić, czy to tam jej nie zostawiono. My już swoją zostawiliśmy, ale szukamy dalej. 

Fot. Dagmara Borowska
źródło: Fot. Dagmara Borowska

Ja mam wrażenie, że ten dom to taka jedna wielka kapsuła czasu, biorąc pod uwagę, ile różnych sprzętów i dokumentów udało wam się znaleźć, chociażby ten XIX w. obraz austriackiego artysty, Adolfa Baumgartnera. Orientowaliście się, ile może być warty?

Sebastian: Widzieliśmy różne ceny, naprawdę i 20 tys., i 50 tys. Ale my też do tego tak podchodzimy. Rzeczy są warte tyle, ile ktoś jest w stanie za nie zapłacić. Ktoś może zapłacić za obraz 60 tys., bo akurat go potrzebuje, a ktoś inny nie weźmie go nawet za darmo, bo mu nie pasuje. Ten obraz jest stary, naszym zdaniem bardzo ładny – ma piękną ramę i sam w sobie jest naprawdę ciekawy. Chcemy go jednak zostawić, bo był tu od początku i zależy nam, żeby pozostał w tym domu.

Post on Instagram

Co jeszcze ciekawego udało wam się znaleźć?

Karina: Mamy w planach znowu iść sprzątać górę i podejrzewam, że coś tam znajdziemy. 

Sebastian: Znajdowaliśmy też różne „smaczki”, takie pamiątki po dawnych właścicielach, bardzo osobiste rzeczy. Było tego sporo. W garażu działał też kiedyś zakład mechaniczny. Właściciel miał auta ciężarowe i sam je naprawiał. Do dziś zostało tam mnóstwo elementów, szczególnie dla fanów starej motoryzacji – różne części, także jeszcze przedwojenne, i inne tego typu rzeczy. Tego jednak nie wyrzucaliśmy, bo sami do końca nie wiemy, czym dokładnie są.

Karina: Mieszkamy tu już trzy lata, ale w sumie sprzątanie garażu jest ciągle przed nami

Sebastian: Pamiętam, że był tam wykopany dół, a obok leżały kilof i łopata. Jeden z członków rodziny powiedział, że krążyła plotka o zakopanym złocie i że próbowano go szukać, ale ostatecznie nic nie znaleziono.

Sebastian: W ogrodzie znaleźliśmy przecież beczki, stare, ciężkie i zardzewiałe. Zaczęliśmy je stamtąd wytaczać. W pewnym momencie przewróciłem jedną z nich i zauważyłem napis: „Wehrmacht 1939”. Okazało się, że były to olejowe beczki z Wehrmachtu.

Karina: Pamiętam, że bardzo się zestresowaliśmy, bo ta beczka była taka ciężka. Nawet przyjechał sąsiad, żeby pomóc nam ją otworzyć. 

Sebastian: Znaleźliśmy też sporo dokumentów, właśnie z okresu drugiej wojny światowej. Jakieś arbeitskarty. Znaczki. Mnóstwo znaczków, listów, zdjęć. Najstarsze zdjęcie pochodziło chyba z 1869 r. Z samej końcówki XIX w. było zdjęcie z Cesarstwa Rosyjskiego.

W jednym z pomieszczeń znaleźliście też malowidła. Jaki jest ich los?

Karina: Tego jeszcze nie zaczęliśmy na dobre ruszać, bo nie mamy teraz na to czasu, ale w głównej sali przez przypadek zauważyliśmy, że pod białą farbą coś się kryje. Zaczęliśmy więc delikatnie ją usuwać. Okazało się, że jest jeszcze jedna warstwa farby – taka z PRL–u, nakładana wałkiem, dająca na ścianie wzory. Pod nią odkryliśmy stare malowidła – widać, że ręcznie wykonane.

Sebastian: Ale musimy podejść do tego na spokojnie, bo to wymaga delikatności. Chcemy powoli skrobać i sprawdzać, co się tam jeszcze ukrywa.

Karina: Mi się wydaje, że akurat tą część pracy zrzucimy na Sebastiana mamę, która jest malarką.

Wasz dom jest wpisany do ewidencji zabytków. Czy w związku z tym musieliście się konsultować z konserwatorem?

Karina: Na szczęście dom nie jest w rejestrze, ale w ewidencji zabytków, bo byłby już dosyć duży problem z remontem. Wszystkie prace konstrukcyjne, które planujemy, na przykład przy ganku zewnętrznym, wymagają uzgodnień – to stary tynk nałożony jakieś 50 lat temu i jego usunięcie będziemy musieli skonsultować z konserwatorem. Raczej nie powinno to stanowić problemu, bo chcemy odtworzyć przedwojenną cegłę. 

Sebastian: Konserwator głównie skupia się na elewacjach zewnętrznych, na faleniach, na oknach, fasadach i ścianach. Tak i te okna są zdecydowanie naszą największą bolączką, bo nikt z nas nie chce szorować okien, a one wymagają pełnej renowacji.

Karina: Są dosyć zdobione, więc nam z nimi schodzi. Te okna są trochę naszą bolączką. Czekamy też, aż rodzina przyjedzie i nam pomoże.

Fot.instagram.com/dworek77
źródło: Fot.instagram.com/dworek77

W waszym dworku udało się zachować sporo oryginalnych rzeczy. Nie tylko wspomniane przez was okna, ale i drzwi, coś jeszcze? 

Karina: Zostawiamy wszystkie podłogi. Wymienialiśmy tylko część desek. Zostawiamy także wszystkie płytki. Podłoga na ganku była całkowicie pofalowana, więc musieliśmy de facto zrobić ją od nowa i dosłownie układać z tych płytek puzzle. Trochę nam ich zabrakło, bo część była popękana, więc ostatecznie w jednym rogu powstała taka mozaika. Sebek wycinał różne kawałki i układał je z tych najbardziej uszkodzonych płytek. Postawiliśmy tam kwiatek, więc jest ok.

Post on Instagram

Chodzi o te płytki, które widzieliście w muzeum w Rydze?

Sebastian: Tak, i takie płytki są na pewno w Krakowie, w jednej z kamienic na Alejach oraz przy kamienicy Leona Breslauera w Warszawie. 

Wiecie coś więcej na temat ich historii? Kto odpowiada za ich projekt? Z jakiej wyszły manufaktury? 

Sebastian: Niestety nie. Jeszcze się do tego nie dokopaliśmy. Za to sporo wiemy o naszych piecach kaflowych. Wszystkie kafle pochodzą z nieistniejącej już krzeszowickiej fabryki kafli, z samej końcówki XIX w. 

Jeśli chodzi o piece kaflowe, to macie ich całkiem sporo!

Sebastian: Na parterze trzy zabytkowe, jeden w sypialni, ale taki PRL–owski, a na górze mamy kozę i piec chlebowy, który musimy troszkę podreperować. 

Karina: Dawno temu był piec i w kuchni.

Sebastian: Na podłodze nadal zachował się układ płytek, który pokazuje miejsce, w którym kiedyś stał. Niestety wiemy od jednego z członków rodziny poprzedniego właściciela, że w latach 90., kiedy do domów wprowadzano gaz, został on rozebrany. Podobno był to najładniejszy piec w całym domu.

Które pomieszczenie wyremontowaliście jako pierwsze? Kuchnię, a może sypialnię?

Sebastian: Kuchnię, która była w najgorszym stanie. Nie nadawała się już do dalszego użytkowania. Dlatego wybraliśmy inny pokój. Po zdjęciu wykładzin okazało się, że pod nimi znajdują się zabytkowe kafle i że kiedyś to tam była kuchnia. Zachowały się nawet stare przyłącza wody. Niestety część płytek została zniszczona, ponieważ wykładziny były przykręcone do nich wkrętami, przez co sporo kafli po prostu popękało.

Post on Instagram

Karina: Tak, ale właśnie przez te płytki musieliśmy całkowicie zmienić naszą pierwszą koncepcję projektową. One wszystko zmieniły i od tego momentu było już jasne, że właśnie tam musi być kuchnia.

Zostaliście rodzicami na początku tego roku. Jak przebiega remont, kiedy w domu jest dziecko? Zwolnił czy – wbrew pozorom – właśnie przyspieszył?

Karina: Przed samym porodem maksymalnie przyspieszył. Nie wiedziałam, że tyle rzeczy można zrobić w tak krótkim czasie. Później siłą rzeczy przystopował, choć ekipa cały czas pracowała. Gdy dzidzia miała ze trzy tygodnie, weszła kolejna ekipa robić korytarz, więc nasze dziecko naprawdę może zasnąć w każdych warunkach – kiedy ktoś rozmawia, a nawet, kiedy słyszy wiertarkę. Ekipa już skończyła robić ten korytarz i zostawiła nam resztę. Właśnie niedawno go pomalowaliśmy. Teraz będziemy przyklejać tapetę. Zrobiliśmy też portal drzwiowy, musimy go jeszcze dokończyć. No ale też mamy pracę poza remontem i teraz jest taki okres, że Sebek właśnie wydaje projekty, ale kiedy skończy, to będziemy kończyć ten korytarz.

Post on Instagram

Sporo rzeczy zrobiliście sami, a do jakich prac musieliście wezwać fachowca? 

Sebastian: Do wszystkich prac wodno–kanalizacyjnych i ociepleniowych. Robiliśmy nowe podejścia pod wszystkie grzejniki, ogarnialiśmy też całe centralne ogrzewanie. To były już bardziej wymagające prace, których sami pewnie nie bylibyśmy w stanie zrobić. Do tynkowania braliśmy też zawsze ekipy. 

Jakie były niespodziewane koszty podczas remontu? Coś, czego nie uwzględniliście w budżecie, a jednak trzeba było wyłożyć na to pieniądze. 

Sebastian: Myślę, że spora część nieprzewidzianych kosztów dotyczyła centralnego ogrzewania i instalacji sanitarnych.

Karina: Myśleliśmy też, że z wymianą pieca jeszcze trochę poczekamy, ale okazało się, że nie nadaje się do użytku i musieliśmy od razu, na samym początku, go wymienić.

Remont wciąż trwa. Została wam jeszcze do wyremontowania góra. Coś jeszcze?

Sebastian: To jest remont permanentny! Planujemy na jesień ruszyć z ociepleniem dachu i zająć się piętrem. Nie ukrywamy też, że dach jest nieocieplony, więc przekłada się to na koszty ogrzewania – po prostu wszystko ucieka górą.

Karina: Więc to jest nasze takie numer jeden teraz na ten moment. 

I co będzie na górze? Pokój dziecięcy? 

Karina: Tak, też nasza sypialnia. Kolejna łazienka i wielki pokój gościnny.

Kiedy zyskacie dodatkowe piętro, wasz metraż znacząco się powiększy. Jaką powierzchnię będziecie mieć do dyspozycji?

Karina: Koło dwustu dwudziestu. Może mniej? Koło dwustu plus piwnica. 

Macie już na nią jakieś plany?

Sebastian: Piwnica, a właściwie całe przyziemie, będzie prawdopodobnie robione w miarę szybko, bo wilgoć zbiera się tam przez posadzki. W piwnicy są też zabytkowe płytki – może niezdobione, ale stare, przedwojenne, które niestety podciekają wodą, dosłownie w taki sposób, że momentami ona spod nich wypływa. Dlatego będziemy musieli zrobić nowe podłogi i wykonać odcięcie przeciwwodne, żeby ograniczyć napływ wody do tego miejsca.

Karina: A z ciekawych rzeczy, które tu znaleźliśmy, był na przykład ponton. Śmialiśmy się wtedy, że pewnie kiedy piwnica była zalana, to w niej na nim pływano.

Post on Instagram

Kiedy remontowaliście ten dworek, to od razu wiedzieliście, w jakim stylu chcecie go urządzić?

Karina: Chcieliśmy w miarę wszystko zachować, ale też nadać mu swój charakter. Nie boimy się na przykład kolorów. Eksperymentujemy, no bo teraz to wszystko jest takie szare i smutne. Jesteśmy architektami i kiedy projektujemy coś dla innych, to najczęściej wszyscy chcą szarości, beże, kaszmiry. W naszym przypadku poszliśmy po całości i zrobiliśmy dokładnie tak, jak nam się podoba. To dla nas trochę forma odreagowania, ale w pozytywnym sensie. Staramy się oczywiście zachować historyczną formę domu, ale nie boimy się kolorów.

To widać, szczególnie kiedy popatrzy się na łazienkę. Jest bardzo kolorowa i nowoczesna. Nie korciło was, żeby pójść w bardziej historyczną stylistykę?

Karina: Planujemy taką łazienkę na piętrze, ale w tym pomieszczeniu na dole nigdy nie było łazienki i po prostu nie czuliśmy takiej potrzeby, żeby – w przeciwieństwie do innych przestrzeni – aż tak tam wszystko zachowywać. No po prostu, skoro jej tam nie było, to stwierdziliśmy, że to nasza szansa. Taka luka, żeby zaprojektować coś całkowicie od nowa, zupełnie inaczej. Pomyśleliśmy, że to będzie właśnie to miejsce, w którym będzie widać nowoczesną architekturę. 

Fot.instagram.com/dworek77
źródło: Fot.instagram.com/dworek77

Porozmawiajmy troszkę o historii tego domu. Jego pierwszym właścicielem był Franciszek Olas, poseł na Sejm. Później sprzedał go śpiewaczce operetkowej.

Sebastian: Mamy nawet ten dokument, akt zakupu – nie jestem pewien, czy z 1923, czy 1926 r. Nową właścicielką domu została śpiewaczka operetkowa Ethelka Bersting, pochodząca z Rumunii Żydówka. Sam dokument jest bardzo ciekawy. Widać na nim jeszcze stary herb Polski. Zapisano w nim nawet, ile w ramach tej sprzedaży przypadnie brzoskwiń dla jednej i drugiej strony.

Sporo takich dokumentów zachowało się w tym domu – zarówno z okresu przedwojennego, jak i powojennego, bo historia kolejnych właścicieli jest dość złożona. Jeśli chodzi o okres II wojny światowej, nie mamy pełnych informacji i nie chcemy opierać się wyłącznie na relacjach sąsiadów. Wiemy jedynie, że według jednego z artykułów w lokalnej gazecie część rodziny miała wtedy uciec, a część zginęła w Auschwitz. Potem przez kilka lat dom stał pusty. Podobno mieszkały tu między innymi siostry zakonne. Zresztą na piętrze są wydzielone jakby osobne mieszkania. Dopiero później dom kupili rodzice ostatniego, już nieżyjącego właściciela, a od jego córek odkupiliśmy go już my. Mamy cały czas w planach zgłosić się do archiwum i po prostu dowiedzieć się, co i jak. Nie ukrywam, że fajnie byłoby wiedzieć o tym domu jak najwięcej, skoro już się w nim mieszka.

Fot.instagram.com/dworek77
źródło: Fot.instagram.com/dworek77

Karina: Zrobiliśmy sobie też taką tablicę ze strzałkami, jak w filmach detektywistycznych, żeby to wszystko połączyć.

Sebastian: Bo tutaj mieszkali też uciekinierzy z dawnych Kresów. Przewinęło się tu wiele osób. Ten dom dużo widział. Staramy się to wszystko w jakiś sposób uporządkować.

Na koniec pomówmy nieco o ogrodzie. Jaką miał powierzchnię, zanim dokupiliście drugą działkę?

Karina: To była malutka działka. Miała chyba 8 arów.

Sebastian: Teraz ma powyżej szesnastu. 

Post on Instagram

Czyli właściwie dokupiliście drugie tyle. A jak to wyglądało w przypadku zabudowań gospodarczych — warsztatu i pozostałych budynków na tej drugiej działce? Czy one już wcześniej istniały, czy powstały w innym czasie? 

Sebastian: Wszystkie budynki znajdowały się na tej działce, na której stoi dom. Na tej, którą dokupiliśmy, były jedynie rośliny: magnolie i wielkie świerki.

Karina: Było pusto, ale to nam bardzo odpowiadało, że ta działka jest taka pusta, bez żadnej zabudowy.

Taka pusta działka pozostawia spore pole do popisu! Wasz ogród wymagał sporo pracy?

Karina: Jak urządza się ogród, to koncepcja często się zmienia. I dopóki się da, rośliny jeszcze się przenosi, a niektóre niestety później już muszą zostać. Nasz ogród był mocno zalesiony. Było tam mnóstwo samosiejek z okolicznych drzew, wszędzie właściwie wystawały z ziemi różne „badyle”. Całość była też bardzo zachwaszczona, więc zajęło nam trochę czasu, żeby to wszystko na nowo uporządkować.

Sebastian: Mówimy o tej działce, którą dokupiliśmy, bo ta pierwotna była zaniedbana. Wbrew pozorom rosło tam bardzo dużo kwiatów. Pamiętam, że kiedy skosiliśmy trawę, okazało się, że jest tam mnóstwo róż. Były też przebiśniegi.

Post on Instagram

Karina: Tak, masa przebiśniegów i krokusów. Po prostu było widać, że poprzedni właściciel bardzo lubił ten ogród i zaprojektował go tak, że zawsze coś w nim kwitnie, począwszy od wiosny.

A czy te prace w ogrodzie zostawiliście sobie na później? Priorytetem był dom, bo trzeba go było posprzątać, później rozpocząć remont, by jak najszybciej się do niego wprowadzić?

Karina: Zajęliśmy się nim w miarę szybko. Wcześniej przez długi czas mieszkaliśmy w Krakowie w mieszkaniu i po prostu potrzebowaliśmy już wyjść na zewnątrz, trochę popracować na działce.

Prace w ogrodzie to dobra odskocznia. 

Karina: Najlepsza, najlepsza terapia, najlepszy psycholog. 

Dziękuję za rozmowę!

Czytaj dalej: